Zagubiona tożsamość

23.05.2019

Nieprzyjaciel rozdarł pierś narodu, włożył w nią palce,

całą garścią wziął za każde polskie serce i patrzy ci w oczy

a gdy dostrzega najmniejszą myśl roztropną,

najmniejsze poruszenie podejrzane, zaciska dłoń i zdusza życie...

Po wielu latach od czasu publicznego zaangażowania, wychodzę zza zasłony awatara, by stanowczo wystąpić wobec zakłamywania tożsamości narodowej Polaków. Skłoniło mnie ku temu przyzwolenie polskich władz na organizację w Warszawie konferencji antyirańskiej i upokorzeniach, jakich dopuścili się w jej trakcie wobec Polaków amerykańscy i izraelscy „przyjaciele” i „partnerzy”. Występuję także, po symbolicznym znaku wieszczącym nową epokę dla katolików i całej Starej Europy – spaleniu paryskiej katedry Notre Dame. Nie jest to powrót do polityki. W tak skonstruowanym układzie społeczno-politycznym, z jakim mamy do czynienia w Polsce na najwyższym poziomie decyzyjnym, katolikowi trudno (a powiedziałbym nawet, że jest to niemożliwe) tak funkcjonować w owej polityce, by nie zaprzeć się Chrystusa. Jest to spojrzenie osoby z nieco przymusowej, ale również i dokonanej z własnego wyboru „wewnętrznej emigracji”, która kocha ojczystą kulturę, nasz język, historię i której towarzyszy głębszy namysł nad poszukiwaniem świętości osobistej, świętości Kościoła i Bożej woli, w dziejach i codziennym życiu narodu. Z tej pozycji, patrząc przez pryzmat naszej ponad tysiącletniej tożsamości narodowej, nie mogę się pogodzić z faktem, iż w mojej ojczyźnie, jest tyle zawiści, tchórzostwa i przewrotności ducha; a życie publiczne, jest dziś jednym wielkim zakłamaniem i hipokryzją. Dobrze to rozumiał, abp Stanisław Wielgus, prosząc nas przed kilkunastu laty w jednej z homilii: Nie dajmy się podzielić, mimo, że różnimy się poglądami politycznymi, społecznymi, gospodarczymi. Mamy prawo się różnić. Różnijmy się z szacunkiem, przestańmy obrzucać obelgami tych, którzy mają inną wizję rozwoju Polski. Nawet u tych, z którymi wiele nas różni, spróbujmy odszukać to, co dobre i wartościowe...

Dziś, po amoralnym spektaklu wykorzystującym katastrofę smoleńską ze wszystkimi tego konsekwencjami, to życie stało się jeszcze większym dramatem i przekleństwem. Polska polityka i polski Kościół potrzebują natychmiast dziejowego przełomu. Nie liftingu, deklarowanego po każdej z tragedii, ale ponownego odczytania naszej misji dziejowej. Bo wybory dokonywane przez nasze państwo – niestety przy milczącej aprobacie Kościoła hierarchicznego – sprawiają, że szczególnie na arenie międzynarodowej jesteśmy już tylko państwem teoretycznym i postchrześcijańskim, a pozorny wzrost dobrobytu ma cenę nie do zaakceptowania. Tracimy polską duszę! Zostaliśmy wmanipulowani w obóz, który od czasu II wojny światowej, dokonał niezliczonych agresji wobec państw trzecich, a w ostatnim czasie dopuszcza się coraz bardziej bezczelnego terroru i prowokacji wobec narodów stawiających im opór. Obóz, który pod pozorem walki o pokój, równouprawnienie kobiet, demokrację i prawa człowieka, nie waha się głęboko demoralizować– chociażby promując jedno z największych zagrożeń dla ludzkości, tj. ideologię gender; a potem uśmiercać miliony istnień ludzkich poprzez aborcję, eutanazję, badania genetyczne, niesprawiedliwy podział dóbr, terroryzując sankcjami ekonomicznymi itp. Co się stało z mającym tak liberalne podejście do wartości Zachodem, wszyscy wiemy. Krocząc tą drogą, zmierzamy ku zagładzie, ku całkowitej zapaści moralnej, duchowej i cywilizacyjnej.

Z narodu o ponad tysiącletniej historii, o którym swego czasu mówiono, że jest Chrystusem narodów, z narodu mającego za królową Maryję, Matkę samego Boga! – my, polscy katolicy, staliśmy się tchórzliwym, obdartym ze swej godności spolegliwym społeczeństwem, bezkrytycznie pozwalającym instalować na naszej ziemi antyludzki porządek świata. Porządek, w którym polska gościnność, umiłowanie wolności i słowiańska ufność, została podstępnie wykorzystana do narzucenia nam zdemoralizowanej kultury i grabieży wypracowanego przez powojenne pokolenie majątku narodowego. Porządek, który zdominowała obecnie niczym nie uzasadniona histeryczna i agresywna rusofobia, będąca w gruncie rzeczy odwróceniem uwagi od rzeczywistych dla Polski zagrożeń cywilizacyjnych, gospodarczych i militarnych. Problem jest o tyle dramatyczny, że Kościół hierarchiczny w Polsce ignoruje dążenie owego obozu do ustanowienia jednego światowego ośrodka władzy i jakby w trosce o własne interesy wyalienował się ze swego ludu; milcząco popierając ów amerykański mesjanizm, który zdobywa rząd dusz poprzez piramidalną manipulację, jaką jest transatlantycka „demokracja”...

Polska! Polska! - ale jaka?

To, że dziś wyrzekamy się polskiej duszy i znaleźliśmy się w tak niegodnych strukturach, nie jest dziełem przypadku. W zasadzie poczynając już od czasów saskich, zostaliśmy wessani w obóz liberalno-rewolucyjny. To, że dziś kolejne polskie rządy prześcigają się w przypodobaniu swoim zachodnim mocodawcom rezygnując z prawdy historycznej, obrony mniejszości polskiej zagranicą czy kosztem polskiej kultury i nauki, płacą za mało przydatne uzbrojenie, a nawet wysyłają wojsko polskie na niesprawiedliwe wojny amerykańskie, to nic nowego. Podobnie zachowywali się nasi rewolucjoniści – czczeni obecnie jako bohaterowie narodowi – wspierając stronnictwo czystek etnicznych w Ameryce Północnej, czy spadkobiercę ludobójców katolickiej Wandei – Napoleona. Tego samego, który polskimi rękami zawładnął Włochami i uwięził papieża, polskimi żołnierzami zdobywał katolicką Hiszpanię i przywracał niewolnictwo na Haiti, i z którym chcieliśmy podbić i rozpalić ideą rewolucji liberalnej carską Rosję.

Zadrwiono z nas, ofiarując nam za owe „zasługi” Księstwo Warszawskie z narzuconą przez Napoleona antykatolicką konstytucją (jako jedni z pierwszych wprowadzaliśmy instytucję ślubów cywilnych i rozwodów), którego wasalny charakter gwarantowała stała obecność francuskiego rezydenta. A przecież w powszechnej opinii owo księstwo stoi o wiele wyżej niż chrześcijańskie Królestwo Polskie (Kongresowe), które po okresie niebytu państwa polskiego, odrodziło się w formie unii personalnej z Cesarstwem Rosyjskim. Królestwo, które przecież mogło stać się trampoliną do niepodległości w czasie o wiele krótszym niż stało się to dopiero w 1918 r. My jednak dalej chcieliśmy pięknie umierać za rewolucję w Belgii (Powstanie Listopadowe), czy walcząc w beznadziejnym Powstaniu Styczniowym w interesie Prus.

Nie chcieliśmy też własnej monarchii, ku czemu były przesłanki po dekrecie Rady Regencyjnej z 7 października 1918 r., lecz powierzyliśmy swój los w ręce kolejnego rewolucjonisty, Józefa Piłsudskiego. Był to człowiek chwiejny i zmieniający sytuacyjnie wiarę. Mściwy przywódca, nie wahający się wraz ze swym obozem na krwawy przewrót majowy, skrytobójcze mordy polityczne, zmieniający katolickie godło na orła z masońską symboliką. Obóz ten uchwalił w 1932 roku, jedną z najbardziej liberalnych ówczesnych ustaw, zezwalających na zabójstwo nienarodzonych dzieci (bardziej liberalna, była tylko w ZSSR...), a by tego było mało, z pogardy, bądź ignorancji dla narodowych dziejów, otrzymaliśmy od nich jeszcze hymn, wspominający czołowego masona i opiewający ową antychrześcijańską napoleońską epokę!

Podążając za myślą Naczelnika, by pisać historię samemu jako zwycięzcy, propagandyści spadkobierców przedwojennej sanacji kontynuują tę fałszywą narrację polskiej tożsamości narodowej. Kadry wykute w kuźni tego kierunku, Klubie Krzywego Koła, masońskiej loży „Kopernik”, czy Komitecie Obrony Robotników, krok po kroku zmieniają polską duszę, siejąc spustoszenie i podział społeczeństwa. I nikomu już nie przeszkadza, że ci ludzie stali za reaktywacją loży B'nai B'rith w Rzeczypospolitej Polskiej czy zmusili do ustąpienia ze stolicy arcybiskupstwa warszawskiego, abp Stanisława Wielgusa. I nie kto inny, jak to środowisko, podzieliło, przymusiło do określonych wyborów, lub zohydziło tak wielu pojedynczych działaczy, jak i wskazało z diabelską zaciętością na inne stronnictwa i ich elektorat jako na coś gorszego i niepolskiego.

Rusofobia - fałszywa barykada

Końca wojny polsko-polskiej jednak nie widać i ona się nie skończy. To wojna ostateczna, wojna o wymiarze eschatologicznym, być może bodąca prologiem do eonu chrześcijaństwa apokaliptycznego. Stoimy teraz w obliczu największej historycznej konfrontacji, z jaką ludzkość miała kiedykolwiek do czynienia. Nie sadzę by szerokie koła chrześcijańskiej społeczności zdawały sobie w pełni z tego sprawę. Stoimy teraz w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem i anty-Kościołem, Ewangelii i anty-Ewangelii – prorokował, św. Jan Paweł II. By zrozumieć, po której jesteśmy stronie, co to jest polskość i jaka jest nasza duchowa tożsamość narodowa według Bożego zamysłu, potrzeba z największą pokorą, czystością intencji i miłością wydobyć te wszystkie trupy, które wypływają w naszej polityce, kulturze i historii. A były takie momenty, iż my Polacy, nadęci niewyobrażalną pychą, tu na świętej polskiej ziemi, wznosząc się ponad Bożą wole w stosunku do naszego narodu – ponownie krzyżowaliśmy Chrystusa! Szukając tych „trupów”, moja myśl kierowała się ku wielu obszarom i okresom historii, której postrzeganie w odniesieniu do naszej ojczyzny, przedstawiłem w tekście. Zgłębiałem mające odniesienie do nas i tej części Europy teorie geopolityczne, rozważania dotyczące cywilizacji, żywoty polskich świętych...

Pod wpływem panującej u nas rusofobii i miotania wobec naszego wschodniego sąsiada ciągłych, często bezpodstawnych i nienawistnych oskarżeń, zaczęła się rodzić u mnie sympatia wobec Rosji. W tym kontekście, odkrywałem też te najbardziej destrukcyjne obszary polskiego grzechu, a potem myślozbrodni. Zdałem sobie sprawę, że będąc europejskim mocarstwem, nie rozpoznaliśmy Kresów Wschodnich i Rosji, a z pobudek w dużej mierze religijnych, traktowaliśmy je, co tu dużo mówić, w sposób hańbiący. Dopuściliśmy się gorszących zbrodni i występków, za które nigdy nie przeprosiliśmy i nie wyraziliśmy najmniejszego żalu. Ciężar grzechu sprawiał, że w epoce wzrostu rosyjskiej potęgi i naszej zależności od niej, tak obciążało to nasze sumienia, że z rozpaczy porywaliśmy się na nią w swym romantycznym szaleństwie, wyniszczając własny naród. Mieliśmy szansę na uratowanie Rosji przed komunizmem, ale wiele wskazuje na to, że ową Świętą Ruś, Piłsudski, paktując poprze Juliana Marchlewskiego z Leninem, poświęcił z wyrachowania.

Nastało straszliwe prześladowanie zamieszkałych tam narodów i prawosławnej Cerkwi. Porównać to chyba można tylko do tego, co działo się w Wandei, podczas powstania Cristeros w Meksyku i wojny domowej w Hiszpanii. Ale wkrótce w objęcia komunistycznego Związku Radzieckiego, dostaliśmy się i my. Był to czas smutnej, wiernopoddańczej uległości polskiego państwa. Może nie tak upokarzającej, jak ma to miejsce w dobie dzisiejszej zależności od Waszyngtonu, Londynu, Berlina, czy Tel Awiwu, ale na tyle odczuwalnej, że po upadku ZSSR w Polsce nastało szaleństwo rewanżu. Rewanżu obcego polskiej duszy, który przypomina bezmyślne XIX wieczne powstania. Nie tego nam dziś potrzeba. Pan Jezus, do św. siostry Faustyny wyraźnie powiedział: „Gdy się modliłam za Polskę, usłyszałam te słowa: Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i chwale. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje” (nr 1732).  POSŁUSZNA będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i chwale! A my, miast być w świecie ambasadorami Bożego Miłosierdzia, ulegamy celowej i zaprogramowanej manipulacji, szczującej nas na Rosję i naród ten znowu pozostaje nierozpoznany! Bo Rosja współczesna oraz podległa Patriarchatowi Moskiewskiemu Prawosławnej Cerkwi, Białoruś i Ukraina to narody, wokół których rozgrywa się wielka misja dziejowa. Każdy, kto wyłączy polskojęzyczne media i zada sobie trud poznania tych krajów u źródeł, z największym zdumieniem odkrywa, z jak wielką siłą odradza się tam wiara w Boga. Że z narodów doświadczanych, jako kolebka i baza dla komunistycznej rewolucji, wyrastają elity zdolne, brać na swe barki odpowiedzialność za chrześcijaństwo.

Ku katolicko-prawosławnemu przymierzu

Bez uprzedzeń, chcę pochylić się nad naszą wspólną historią, napisaną z punktu widzenia i odkrywania Bożego porządku i chrześcijańskiej misji dziejowej naszego i rosyjskiego, białoruskiego oraz ukraińskiego narodu. W którym miejscu się pogubiliśmy, kiedy nieuczciwie wobec siebie zachowywały się nasze Kościoły, kiedy woleliśmy postawić na rewolucjonistów i wrogów Kościoła miast szukać wzajemnego wybaczenia i pojednania, chcę pokazać ważne postacie polskie w naszych wspólnych dziejach, opisać wspólny dla naszych narodów kult Matki Bożej.  A jeżeli tak gorliwy i podobny do polskiego, jest za naszą wschodnią granicą kult Najświętszej Maryi Panny, to dlaczego nie zabiegać, by Maryja stała się patronką naszego pojednania! Ważne jest opracowanie dobrego kompendium wiedzy na temat relacji, historii i tradycji katolicko-prawosławnych – chociażby tylu wspólnych świętych. Czy ze względu na ową Maryjność, nie znajdziemy odpowiedzi, dlaczego zarówno wspomniane narody, jak i naród polski (może jeszcze serbski), są w obrębie liberalnej opinii euroatlantyckiej tak upokarzane i pogardzane?

W kontekście wielkiej schizmy, dzisiejszy opór przed globalnym liberalizmem w Rosji, stać się może błogosławioną winą i przyczynić się do przetrwania chrześcijaństwa w Europie. Spójrzmy chociażby na liturgię i poważny kryzys w Kościele katolickim ze względu na pozbawianie w niej pierwszego miejsca dla Boga. Liturgia prawosławna skutecznie opiera się owej protestantyzacji! Wątpliwości mam również, czy to Kościół katolicki i prawosławny jest podzielony, czy też Kościół jest jeden, a tylko ludzie są podzieleni? Przecież nikt nie kwestionuje ważności sakramentów po obu stronach. A jeżeli oba Kościoły uznają ważność sakramentów, to czy Głową w każdym z nich, jest nie ten sam Syn Boży? W swej dwutysięcznej historii, Kościół katolicki już nie raz i nie dwa sięgał dna. Podobnie, wielokrotnie błądziła prawosławna Cerkiew. Jednak pomimo wszystko wierzę, że to z tych czasami zagubionych, upartyjnionych, miałkich i błądzących po bezdrożach Kościołów, jeżeli połączy je idea zbliżenia katolicko-prawosławnego i pojednania tym samym pomiędzy słowiańskimi narodami – wyjdzie iskra, która sprawi, że ten nieludzki świat rzeczywiście zadrży. Potrzeba na to odwagi. Potrzeba, by Kościół, dostrzegł te zagrożenia o których piszę i stał się wiarygodnym interpretatorem dobra i zła w polityce, by zaczął klęczeć przed Jezusem Chrystusem Królem Wszechświata, a nie przed podstępnie ubezwłasnowolniającym nas „American Dream”...

Taki będzie dalszy kierunek moich poszukiwań i zabiegów. Nie jestem kapłanem ani naukowcem. Nie jestem też politykiem, a swój kilkuletni w owej polityce epizod, uważam za „przygodę” nieudaną i szkodliwą. Jestem prostym, choć mocno doświadczonym przez życie człowiekiem. Nie wiem więc dziś, z jaką to będę robić prędkością, ale zakładam, iż ta inicjatywa stanie się mądrym i celowym trudem włączenia się w owe pojednanie. Że będzie to kolejna enklawa autentycznego zaczynu odnowy religijnej i moralnej.  Że przyczynię się do poznania i zaprzyjaźnienia się katolików z prawosławną Cerkwią, taką, jaką ona jest – najdroższą siostrą w Chrystusie. W takim kontekście zakładam i będę używał nazwy dla bloga – katechon (z gr. ten, co teraz powstrzymuje). To dopiero początek. Teraz czas na pogłębienie tej refleksji oraz popularyzację w obrębie całej chrześcijańskiej opinii.

Mam wytyczone pierwsze cele i kierunki działania. Biorę za wszystko odpowiedzialność, ale tak naprawdę moja osoba jest tu niczym. Liczy się tylko ta idea, czyli na nowo odczytanie naszej tożsamości, roli i posłannictwa we współczesnym świecie, z punktu widzenia naznaczonych nam przez Opatrzność zadań. Podczas formułowaniu tych myśli, towarzyszyła mi głęboka refleksja, tak nad prywatnym życiem, jak i celami, które stawiam. Bywało, że koniunkturalnie – by nie narażać się lubianym i szanowanym przeze siebie środowiskom – chciałem się z niektórych tez wycofać. Odzywało się doświadczenie polityczne i „stary człowiek”. Zrezygnowałem jednak z jakiegokolwiek kunktatorstwa. To mają być dobre zawody i ostateczne. Bez mdłych kompromisów i z podniesionym czołem, nawet za cenę kpiny, szyderstwa, czy potraktowania tej idei, jako ściganego z mocy prawa „zbrodniczego przesądu”...